Maleńka wyspa Malapascua na Filipinach

Maleńka wyspa Malapascua na Filipinach

Niektórzy ludzie twierdzą, że szkoda życia na odwiedzanie tych samych miejsc. Wisława Szymborska pisała w swoim wierszu: „Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy….”, dlatego właśnie nie podzielam ich teorii. Każda podróż to nowa historia do opowiedzenia, inni ludzie, odmienne poranki, wschody i zachody słońca, które nigdy się nie powtórzą.

Pierwszy raz na Filipiny polecieliśmy sześć lat temu. Dokładnie trzy miesiące po tym jak najsilniejszy cyklon w historii Haiyan uderzył w ląd. Liczba ofiar przekroczyła 6300 osób, a tysiące ludzi uznano za zaginionych. Chcieliśmy odwołać naszą podróż, nie wyobrażaliśmy sobie, jak moglibyśmy odpoczywać w miejscu, które dotknęła taka tragedia. Napisaliśmy maila do centrum nurkowego na wyspie Malapascua z prośbą o anulowanie naszej rezerwacji. Centrum zareagowało bardzo szybko i odpisało jednym zdaniem: „Najlepsze co możecie dla nas zrobić to przylecieć, dzięki wam szybciej odbudujemy nasze życie”. Trudno pozostać obojętnym na takie słowa, postanowiliśmy nie tylko polecieć, ale również wesprzeć centrum nurkowe. Zainspirował nas do tego przyjaciel, nurek, który na stałe mieszka w USA i który spędził kilka miesięcy na Filipinach. Zorganizował zbiórkę pieniędzy wśród swoich znajomych na FB. Postanowiliśmy pójść o krok dalej i postawiliśmy w firmie metalową puszkę, gdzie każdy odwiedzający nas klient mógł wrzucić symboliczny datek na pomoc dla mieszkańców Malapascua. Puszka była mała, ale zdjęcie, które na niej widniało poruszające. Fotografia przedstawiała małego chłopca brodzącego w wodzie po szyję, niosącego psa na plecach.

Do tej pory zastanawiam się nad tym, co tak naprawdę miało wpływ na to, że ludzie okazali się być tak bardzo hojni, czy media, które cały czas mówiły o dramatycznej sytuacji na Filipinach, czy zbliżające się Święta Bożego Narodzenia, czy naturalna potrzeba czynienia dobra, którą każdy z nas nosi w sercu…
Dni mijały bardzo szybko, puszka się zapełniała, a nasz wyjazd zbliżał dużymi krokami. Późnym popołudniem tuż przed zamknięciem firmy wszedł do nas klient w grubej, puchowej, czerwonej kurtce. pamiętam ją dokładnie ponieważ intensywna czerwień podkreślała śniady kolor jego skóry. Spojrzał na puszkę i zakrył dłońmi twarz, aby ukryć wzruszenie, po chwili powiedział – „Urodziłem się w Manili stolicy Filipin. Jak to możliwe, że obchodzi was los moich rodaków i skąd wiecie o istnieniu maleńkiej wyspy Malapascua????”

Czasami zupełnie nieświadomie możemy odmienić czyjś dzień, los, albo życie, może nam się wydawać, że nasze czyny – nawet najmniejsze gesty, takie jak uśmiech nie mają na nic wpływu, ale to nie prawda. Wszystko ma znaczenie i nie pozostaje obojętne dla otaczającego nas świata i ludzi.
Filipiny to Państwo wyspiarskie na które składa się ponad 7641 wysp i wysepek, a jedna z nich jest celem naszej styczniowej podróży.Malapascua położona jest na północ od stałego lądu Cebu. Można się na nią dostać lokalną łodzią wypływając z portu Barangay Maya, podróż zajmuje nie więcej niż trzydzieści minut. Kiedyś wyspa nazywała się Logon i do tej pory lokalni mieszkańcy posługują się tą nazwą. Zmienili ją Hiszpanie bardzo dawno temu,kiedy ze względu na fatalną pogodę ich statek utknął u wybrzeży wyspy i byli zmuszeni spędzić na niej święta, z dala od rodziny i przyjaciół. Wtedy nazwali wyspę „Mala Pascua” co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „Złe Święta”. Dzisiaj wyspa cieszy się ogromną popularnością, zwłaszcza wśród nurków. Zasłynęła w świecie za sprawą wyjątkowego miejsca do nurkowania -Monad Shoal, gdzie można obserwować rzadko spotykany gatunek rekina kosogona.Te majestatyczne stworzenia o wdzięcznej nazwiethresher shark przyciągają nurków z całego świata i dzięki nim Malapascua jest w stanie szybko odbudować się po huraganach, które bardzo często nawiedzają ten rejon świata.

Na Filipiny polecieliśmy w styczniu, trzy miesiące po tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce w tej części świata. Zupełnie nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać. W Cebu wylądowaliśmy rano. Miasto było duszne, zatłoczone i męczące, dlatego jeszcze tego samego dnia postanowiliśmy dotrzeć na Malapascua. Do wybrzeży wyspy dopłynęliśmy późnym popołudniem, najwięcej czasu zajęła nam podróż z lotniska do portu, jechaliśmy ponad cztery godziny, drogi były bardzo zniszczone.

Zapamiętałam obraz, który ukazał się nam po dotarciu do brzegu: kilka połamanych palm wystających z piasku, psy bawiące się na plaży, hotele i centra nurkowe, które stały w pierwszej linii brzegowej i które wcale nie wyglądały na zniszczone. To dziwne pomyślałam, spodziewałam się ruin, a zastałam całe budynki. Jak się później dowiedzieliśmy od naszego przewodnika nurkowego Binsa, wszystkie drewniane zabudowania na wyspie zostały doszczętnie zniszczone przez cyklon. Jedynie murowane budynki takie jak hotele, centra nurkowe i kościół w którym schronili się mieszkańcy podczas cyklonu, pozostały nietknięte przez Haiyen.Dzięki temu nikt na wyspie nie zginął. Hotele i centra nurkowe bardzo szybko naprawiły powstałe zniszczenia dzięki wsparciu zagranicznego kapitału. Lokalni mieszkańcy natomiast musieli poradzić sobie sami. nie otrzymali żadnych dotacji, ani darowizn.Zbierali pozostałości swoich domów i starali się je zbudować na nowo.

Nurkowaliśmy każdego dnia z lokalnym DM Binsem, woda u wybrzeży wyspy była znacznie zimniejsza i nie tak przejrzysta jak to bywa o tej porze roku. Od tego momentu zawsze zabieram ze sobą piankę 5 mm. bez względu na to gdzie lecę nurkować i jak bardzo ciepła jest woda. Im dłużej nurkuję tym bardziej mój organizm się wychładza, dlatego z pianki 3mm korzystam teraz już tylko na basenie, podczas prowadzenia kursów OWD.
Nurkowania u wybrzeży Malapascua nie należą do wymagających za wyjątkiem Monad Shol. Rekiny w tym miejscu można obserwować przed lub o wschodzie słońca. Dlatego każdego dnia wstajemy o 4:30 rano, na miejsce nurkowe płyniemy około 50 minut łodzią z której podziwiamy spektakularne wschody słońca.Monad Shol to szczyt podwodnego wzniesienia zakończonego płaską powierzchnią na której rekiny oddaja się zabiegom czyszczącym i pielęgnacyjnym, świadczonym przez maleńkie rybki czyścicielki.

Zanurzamy się bardzo powoli, promienie wschodzącego słońca przenikają taflę wody i tworzą kolorowe przeźrocza. Światło słoneczne jest dla nas bardzo istotne, ponieważ podczas nurkowania z rekinami kosogonami nie można korzystać ze sztucznego oświetlenia ani lamp błyskowych (mogłyby je spłoszyć.)
Zatrzymujemy się na 27 m. przy grubej, plecionej linie. wyznacza ona granicę do której nurek może dopłynąć, tak, aby nie spłoszyć rekinów. Lina to sygnał dla tych nurków, którzy łamią wszystkie zasady i pomimo zakazu wpływają na miejsce czyszczenia, ponieważ chcą zrobić najlepszy film lub zdjęcie rekina. Bardzo często jestem świadkiem takich zachowań, które zdarzają się permanentnie na całym świecie. Czasami DM nie reagują, ponieważ chcą, aby ich klient był zadowolony i napisał dobra opinię po powrocie. Ja reaguję zawsze jak tylko jestem świadkiem takiej sytuacji.
Czekamy w napięciu, aż pierwszy kosogon się pojawi. Spotkanie z rekinem zawsze budzi we mnie ogromne emocji i czekam na nie z utęsknieniem.Unosimy się tuż nad piaszczystym dnem w oczekiwaniu. trwa to zaledwie chwilę kiedy słyszę metaliczny dźwięk, to Bins pierwszy go dostrzegł i zaalarmował całą grupę. Rekin wyłonił się z otchłani i podpłynął bardzo blisko, na wyciągnięcie dłoni. pysk kosogona jest bardzo przyjazny, przypomina trochę delfina. Wstrzymałam oddech i poczułam się tak jakbym oglądała film w zwolnionym tempie. Pojawiał się i znikał w granatowych wodach Oceanu. Kosogon poruszał się z niebywałą gracją, miał piękny opływowy kształt i długą ogonową płetwę, która u niektórych osobników może być tak samo długa jak jego ciało. Używa jej do zaganiania i ogłuszania ryb podczas polowania. Trudno uchwycić jego piękno za pomocą kamery czy aparatu fotograficznego ze względu na znaczną głębokość i zakaz używania sztucznego światła.

Przeznaczenie czy może przypadek sprawił, że poznaliśmy Binsa, który z ogromna pasją opowiedział nam o Malapascua na której nie ma asfaltowych dróg, ani samochodów czy skuterów. Wyspa podczas monsunu zmienia kolor na zielony, a w porze suchej robi się jałowa. Mówił o turystach, którzy celebrują życie i podziwiają spektakularne zachody słońca, odpoczywając na wygodnych pufach nad brzegiem oceanu, o kolorowych lampionach zwisających z drzew, i muzyku, który gra wieczorami na gitarze romantyczne ballady. Nie zabrakło w opowieści rekinów kosogonów, które uwielbia. Jednak najbardziej poruszające było, gdy opowiadał o swojej rodzinie. Żona oraz dzieci, które kocha nad życie i o marzeniu: wybudować dla nich murowany dom…. Udało nam się je zrealizować, dzięki wsparciu naszych przyjaciół i klientów z Polski. Wszystkie pieniądze, które zebraliśmy daliśmy Binsowi. Moja przyjaciółka, pisarka Magda zawsze powtarza: „Nigdy nie wiadomo kiedy doświadczymy szczęścia – z całą pewnością powinniśmy być na to gotowi każdego dnia”.
W tym roku ponownie wróciliśmy na Malapascue w maju. Na wyspie było znacznie więcej turystów, powstało kilka nowych hoteli, dyskoteka na wolnym powietrzu i kasyno. Lokalne centra nurkowe wprowadziły również opłaty za korzystanie z aparatów i kamer podczas nurkowania, co wydaje się być kompletnym absurdem.
Z Binsem straciliśmy kontakt półtora roku temu, sprzedał dom i wyprowadził się z wyspy. To co najbardziej cenię w Malapascua pozostało jednak niezmienne: kosogony i niepowtarzalny luz, który panuje na wyspie.

 

 

By |2020-03-27T13:31:56+00:00Marzec 27th, 2020|Filipiny|0 komentarzy

Autor:

Zostaw komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.