Droga na szczyt wulkanu Cotopaxi.

Droga na szczyt wulkanu Cotopaxi.

 „Jeśli chcesz pojąć magię, najpierw uważnie rozejrzyj się wokół siebie. Bóg wystawia na nasz widok wszystko, co chce nam przekazać”. – Paulo Coelcho „Hipis”.

I kto by pomyślał, że zdołamy pokonać własne słabości i wejść  na wulkan Cotopaxi. Kto by pomyślał, że znajdziemy w sobie dość siły i odwagi, aby nie zawrócić, tylko krok za krokiem wspiąć się na „szczyt”…. ale zanim usiedliśmy wygodnie w schronisku, i wypiliśmy herbatę z liści koki, musieliśmy pokonać samych siebie.

Budzik dzwoni o 6:30 rano, mam wrażenie, że dopiero położyłam się spać. Całą noc walczyłam z potwornym bólem głowy. Quito stolica Ekwadoru położona jest ok. 2700-2850 m n.p.m. widocznie zbyt wysoko jak dla mnie. Nie mogę się podnieść, ale wiem, że muszę wziąć się w garść i stawić czoło nowemu wyzwaniu. Po 30 minutach, i dwóch tabletkach od bólu głowy, zjawiam się na śniadaniu. Wypijam herbatę z liści koki, która zwalcza objawy choroby wysokościowej. Dzisiaj mamy ambitny plan, aby wspiąć się na jeden z najwyższych wulkanów na świecie Cotopaxi – 5897 m n. p. m.

Dzień zapowiada się pięknie i słonecznie, ból głowy powoli ustępuje, podekscytowana wsiadam do autokaru. Jedziemy do Parku Narodowego Cotopaxi, nasz kierowca omija wszystkie korki. Po godzinie wyjeżdżamy z miasta, krajobraz bardzo się zmienia, misie koala miałyby tu prawdziwą ucztę, wszędzie rosną drzewa eukaliptusa. Pogoda nam sprzyja świeci słońce i widać szczyt wulkanu. Po dwóch godzinach spędzonych w autokarze docieramy do Parku Narodowego Cotopaxi. Zatrzymujemy się na parkingu, gdzie wśród niesamowitej przyrody, ustawiono drewniane sklepiki, w których kobiety z gór sprzedają ręcznie robione czapki, szaliki, rękawiczki, skarpety i wszystko to co może się przydać turystom, którzy nie zaopatrzyli się w ciepłe ubrania, a chcą wspiąć się na wulkan. Kupuje czapkę, a nawet dwie…. nie dlatego, że nie mam, ale dlatego, że mam do nich słabość;-) Odkąd zaczęłam przygodę z nurkowaniem w sposób szczególny muszę dbać o zatoki. Chwilę później szczęśliwa i zadowolona z zakupów postanawiam odwiedzić alpakę, która spokojnie je trawę na pobliskim trawniku. Co się stanie kiedy zapragniemy mieć zdjęcie z alpaką w nowej czapce i zakłócimy jej przestrzeń? Otóż zostaniemy opluci bez pardonu. Na okularach zostanie nam lepka trawiasta maź, a reszta grupy zacznie pokładać się na trawie ze śmiechu. Śmiech to wspaniała energia, która udziela się wszystkim;-) I to by było na tyle w kwestii pięknych zdjęć z uroczą alpaką, która jak gdyby nigdy nic konsumuje źdźbła trawy dalej.

Wsiadamy do autokaru i jedziemy dalej, mamy jeszcze godzinę zanim dotrzemy do podnóża wulkanu. Po drodze znikają drzewa, a pojawiają się stepy, które ciągną się po horyzont. Ziemię porasta trawa i kwiaty, które przystosowały się do tego surowego klimatu. W oddali pasą się dzikie konie. Widzę prawdziwą wolność bez patosu i ograniczeń…. Czuje szczęście w każdej komórce swojego ciała, jestem obecna tu i teraz jak nigdy dotąd…. Nie sądziłam, że doświadczę takiego piękna i wolności w czystej postaci. Nie spodziewałam się, że są jeszcze takie miejsca na ziemi gdzie konie żyją na wolności i są szczęśliwe.

Wjeżdżamy na parking, wraz ze zmianą wysokości, nie tylko krajobraz się zmienia, ale i pogoda. Zerwał się silny wiatr i zaczął padać śnieg z deszczem. Natychmiast ubrałam się we wszystkie ciepłe rzeczy jakie zabrałam ze sobą. Wysiadamy z autokaru i powoli krok za krokiem zaczynamy się wspinać. Nasze organizmy nie miały czasu przystosować się do zmiany wysokości. Do bólu głowy doszedł jeszcze problem z oddychaniem. Walczymy o każdy oddech. Tak naprawdę myślimy tylko o tym, aby zawrócić i zostać w autokarze. Ale to by było zbyt proste, zbyt oczywiste i racjonalne. Dlatego idziemy dalej, nie wiem jaka siła pcha nas na przód, ale ewidentnie nie chce, abyśmy zrezygnowali. Im wyżej się wspinamy tym pogoda poprawia się, to istny cud. Ciemne chmury przepędza wiatr, a na niebie pojawia się słońca. Widoki zapierają dech w piersiach, a do oczu napływają łzy szczęścia i wzruszenia. To nic, że odpoczywamy co dziesięć kroków i wyrównujemy oddech. Już nie myślimy o bólu głowy czy mdłościach ponieważ naszym oczom ukazują się nieprawdopodobne krajobrazy. Natura odkrywa przed nami swoje piękno. Wspinamy się powoli i już wiemy, że zaraz będziemy u celu. Usiądziemy w schronisku i wypijemy ciepłą pyszną herbatę wraz z przyjaciółmi, którzy razem z nami pokonali tę drogę….

Ten wpis dedykuję wszystkim moim przyjaciołom, którzy pokonują własne słabości i każdego dnia zdobywają swój mały Everest.

By |2018-10-24T15:00:04+00:00Październik 24th, 2018|Ecuador|0 komentarzy

Autor:

Zostaw komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.